Praca sekretarza

Nie wiemy, jak w szczegółach wyglądał  warsztat pracy Sekretarza.  Można jedynie snuć domysły na podstawie znanych faktów:

Szczęsnowicz przez 33 lata prowadzenia Klubu wykonywał swoje zadania sam, bardzo solidnie, terminowo i sprawnie. Nie korzystał z maszyny do pisania, pisał ręcznie, pismem bardzo wyrazistym.

Dziennikarz    ‘Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza’,   który przeprowadzał z nim wywiad po jego podróży „dookoła trzech czwartych świata” (1962) pisał: „Szczęsnowicza rozpierają wrażenia, wspomnienia z podróży. Ma stosik zeszytów zapisanych maczkiem – to jego dzienniczek. Ma zbiór podpisów nowych znajomych, ma skrzynkę fotografii …” 

Korespondował dużo, z wszystkimi członkami Klubu. Jego listy, chociaż krótkie, były zawsze zindywidualizowane, świadczyły o dobrej znajomości adresata i jego problemów.

W taktowny sposób oddziaływał na klubowiczów, próbował ich edukować.   Nie w zakresie ich poglądów, lecz zachowań, dobrych obyczajów, relacji międzyludzkich. Unikał mentorstwa, narzucania własnych poglądów. W kontaktach był ujmująco szczery i ciepły, co musiało się udzielać. Ganił zdecydowanie brak pozytywnej reakcji na okazywane przyjacielskie uczucia we wzajemnych relacjach bipisów.

Był bardzo dobrym organizatorem. Umiejętność planowania sam nazwał swoją drugą naturą.

Był bardzo pracowity, czego najlepszym świadectwem było jednoosobowe pełnienie wszystkich, często złożonych czynności sekretarza klubu, liczącego przeciętnie 700-900 członków, którego istnienie zależało od ożywionej korespondencji członków.  Z jego listów emanowała wielka empatia – szczerość, życzliwość i  pogoda ducha.

Z okazji 15 rocznicy istnienia Klubu Szczęsnowicz obliczył, że w minionym okresie wysłał nie mniej niż 50.000 listów. Znaczy to, że w ciągu tygodnia wysyłał przeciętnie więcej niż 60 listów! Już to świadczy o niezwykłej pracowitości i sprawności organizacyjnej Sekretarza.

Po latach, gdy przekroczył 70. rok życia, był świadomy obniżania się własnej sprawności oraz stale dużej ilości ciążących na nim obowiązków.  A do obowiązków sekretarza, które zawsze traktował poważnie i których nie pozwalał sobie nigdy zaniedbać, w pewnym okresie doszły uciążliwe obowiązki gospodarza domu, kucharza.

Moje zdrowie jest nadal dobre, mimo moich 75 lat. Lecz muszę wyznać, że w niektóre wieczory ogarnia mnie groźna choroba – paraliż woli. Jestem niezdolny do zrobienia czegokolwiek. Zapewne nie jest to żadna prawdziwa choroba, a jedynie skrajne wyczerpanie. Moje zaległości i opóźnienia w korespondencji są ogromne – wielu członków nie ma ze mna kontaktu od wielu miesięcy. Postaram się usilnie uporządkować moją korespondencję do końca tego roku (1973).

/ … / Zajęć nie brakuje mi od rana do północy, również w niedzielę. Niekiedy, gdy mnogość zadań przytłacza mnie, czuję się zbyt zmęczony, by cokolwiek robić. Muszę wtedy położyć się by odpocząć przez godzinę lub dwie i nabrać nowej energii. /…/  Wypracowałem z czasem własną metodę pracy umysłowej. Przekonałem się, że dużo łatwiej jest znaleźć rozwiązanie trudnych problemów wtedy, gdy porzuca się swoje codzienne otoczenie. Umysł zdaje się wówczas pracować lepiej, dostrzega ostrzej różne sprawy. Nawet półdniowy wypad na okoliczne wrzosowiska lub wędrówka wzdłuż brzegu morza wystarcza, by uspokoić rozbiegane myśli i ułatwić podjęcie właściwych decyzji. /…/

Niektórzy chwalą mnie za sprawne kierowanie Klubem. Muszę wyznać, że nie osiągnąłbym   połowy   tego  sukcesu,   gdyby  nie  pomoc  moich  sekretarzy regionalnych. Wielu z nich działa znakomicie i pomaga mi od dawna  [tu wyszczególniono nazwiska sekretarzy z Nowej Zelandii, Indii, Niemiec /RFN/, Francji, Portugalii, Norwegii, Szwecji, Szwajcarii, Finlandii, USA /i krajów Ameryki Południowej].

Przyjęła się w Klubie zasada powoływania sekretarzy regionalnych w krajach skupiających   większa    liczbę     członków.    Byli   oni   bardzo   pomocni Sekretarzowi w załatwianiu różnych spraw organizacyjnych, przede wszystkim finansowych.

Zapewne uzasadnione były zgłaszane przez Sekretarza zastrzeżenia dotyczące solidności i obowiązkowości wielu członków, które przyczyniały się nawet do ich wykluczenia. Sekretarz wielokrotnie podejmował sprawę „czarnych owiec” w Klubie, osób niepłacących składek lub rażąco zaniedbujących obowiązki członkowskie. A do obowiązków  należało  m.in.  niezwłoczne odpowiadanie na otrzymaną korespondencję i reagowanie na przejawy życzliwości ze strony partnerów korespondencyjnych (życzenia, zdjęcia, drobne upominki itp.)

Z drugiej strony, istniejąca i wcale nie mała grupa członków o długim stażu, określanych jako OG – Old Guard (co najmniej siedmioletni staż) pozwala przypuszczać, że aktywność klubowa przyczyniała się do zawiązania wielu trwałych przyjaźni, nie tylko korespondencyjnych!

Klub od 1946 r. miał swoją odznakę, logo – skrzydła z obu boków tarczy na której umieszczono symbole flag narodowych Wielkiej Brytanii i Polski. Projekt odznaki został opracowany przez Alojzego Chowańca i zwycieżył w konkursie 43 nadesłanych anonimowych projektów. [A 21] . Istniały dwa warianty odznaki BPCC – srebrna i złota. Noszenie srebrnej odznaki przysługiwało wszystkim członkom,  Złota Odznaka nadawana   była członkom  o stażu  co najmniej  2-letnim lub o szczególnych zasługach. Złotą Odznakę zawsze nadawał Komitet Odznaczeń w składzie – prezydent Klubu, trzej   Członkowie  Honorowi,  sekretarz  Klubu.   Posiedzenia  Komitetu   odbywały się 2 razy w roku.

Członkowie, którzy spełniali określone wymogi, mogli złożyć wniosek o nadanie im Złotej Odznaki, adresowany do Komitetu Odznaczeń.

Krótko po zmianie nazwy klubu w 1952 r. na Friendship and Exchange przyjęto nowe logo – odznakę Klubu –  biały gołąb z listem w dziobie na tle okrągłej, niebieskiej tarczy. [A 21] .

Klub  w  latach  pięćdziesiątych  ostatecznie  skonsolidował  się  jako grupa licząca w różnych okresach 700-900 osób z różnych części świata, wyznających i realizujących zgodnie jedną kardynalną zasadę:  szczera przyjaźń i życzliwość między ludźmi jest możliwa mimo istniejących różnic narodowościowych, rasowych, politycznych, religijnych itp. Do konsolidacji Klubu w widoczny sposób przyczynił się fakt powstania  w 1952 r. nowej siedziby sekretariatu Klubu w Whitby, która stała się z czasem – zgodnie z życzeniem Sekretarza – Mekką klubowiczów. Wg informacji Sekretarza do 1972 r. odwiedziło go w nowej siedzibie około 100 klubowiczów z całego świata.  Odwiedziny  polegały  zwykle  na  krótszym  lub  dłuższym  pobycie w Whitby. [patrz też przypis 7 w rozdz.1]

Trzeba było niezwykłej osobowości Wincentego, by założenia ideowe, oceniane  przez niektórych jako utopijne, konsekwentnie realizować. Szczęsnowicz okazał się jednak nie tylko założycielem ale też prawdziwą siłą napędową Klubu.

W 1974 r. pisał:   Jestem bardzo zadowolony i dumny, że udało mi się zmaterializować marzenie o przekształceniu Klubu w rodzaj wspólnoty rodzinnej – z wieloma kontaktami osobistymi, wzajemnymi odwiedzinami, gościną itp. W pewnej liczbie przypadków związki klubowe okazały się bardzo pożyteczne – członkowie Klubu podróżowali do innych krajów i nie czuli się tam wcale obco.

Dłużej niż 30 lat kierował sprawami Klubu, pilnował jego prawidłowego rozwoju, kreował jego styl i borykał się z licznymi trudnościami. Niektórych nie udało się pokonać. Jego marzenie z wczesnego okresu, by stworzyć „klub przyjaźni” zrzeszający wiele tysięcy członków na całym świecie i jednoczący narody w epoce powojennej, spotkało się z twardą rzeczywistością i oporami natury ludzkiej.

Niewiele osób potrafi zmienić świat. Pierwotne rozczarowanie Szczęsnowicza zostało złagodzone z upływem lat przez niezliczoną ilość jednostkowych przykładów prawdziwej przyjaźni wyrosłej między osobami różnych narodowości.

I właśnie to, a nie liczebność, przyjął Szczęsnowicz za miarę wartości Klubu.

Serdeczna, niemal rodzinna atmosfera panująca w Klubie stała się cechą charakterystyczną tej grupy ludzi. Dbał o to Sekretarz. W idei Klubu realizowała się cząstką jego poglądu na świat, a sam Klub stawał się z czasem jego ukochanym dzieckiem. Poświęcał się Klubowi bez reszty. Cieszyły go wszelkie przejawy klubowego prosperity, martwiły najmniejsze niepowodzenia. W 1969 r. w jednym z Biuletynów snuł następujące rozważania:

Bardzo dawno temu niektórzy zapaleńcy wyobrażali sobie utworzenie z naszego Klubu czegoś w rodzaju „Światowego Ruchu”. Nie należałem nigdy do tych fantastów lecz muszę przyznać, że początkowo miałem nadzieję stworzyć prawdziwie duży klub, taki liczący 2000 lub więcej członków. Niestety, nadzieje moje nie zmaterializowały się. 10 lat temu Klub zrzeszał około 1200 członków, lecz potem nastąpił stopniowy spadek tej liczby, do obecnych nieco mniej niż 800 członków.  /…/  Główna przyczyna naszych niepowodzeń to, moim zdaniem, degradacja sztuki i kultutry pisania listów, na co nie mamy żadnego wpływu. Myślę, że życie stało się obecnie dla wielu ludzi zbyt trudne, stawia coraz więcej wymagań. Inną przyczyną jest prawdopodobnie wzrastająca interesowność i egoizm ludzi. Ogólnie ludzie zaczynają mniej przejmować się swoimi sąsiadami, a nawet członkami własnych rodzin, więc również innymi ludźmi. Jest to smutne, lecz niestety prawdziwe.

/…/  Nie znaczy to jednak, że ja sam uznaję moją walkę o realizację ideałów Klubu za przegraną. Mimo, że moje dawne nadzieje na duży, prosperujący klub korespondencyjny zostały pogrzebane, jestem zadowolony z Klubu takiego jaki jest. /…/ Osiągnąłem duży osobisty sukces.

Dzięki Klubowi poznałem kilkaset osób, o których istnieniu nic nie wiedziałem dziesięc lub dwadzieścia lat temu – prawie wszystkie te osoby stały się moimi drogimi przyjaciółmi, pomagały mi w różny sposób, wspomagały Klub bezinteresownie. /…/”

Nie mogę zrezygnować z Klubu bo stał się on moim zobowiązaniem. Większość członków wie, że moja praca nie jest lekka. Jest to praca  w pełnym wymiarze zatrudnienia, dająca dość skromne wynagrodzenie.

W jaki sposób udało się twórcy Klubu wcielać w życie te wzniosłe idee tzn. powodować, że stały się one siłą napędową Klubu i zespalały bipisów przez dziesięciolecia?

K.S. Richardson, prowadząca sprawnie sekretariat Klubu po odejściu Szczęsnowicza napisała w 60. rocznicę istnienia Klubu, która stała się zarazem datą jego rozwiązania: „Może wydawać się nieprawdopodobne, że cokolwiek może przetrwać tak długo w tak bardzo zmieniającym się świecie.” [B 4]

Sekretarz miał dwie możliwości oddziaływania na członków Klubu:

1. Kontakty korespondencyjne i Biuletyny Klubu, wydawane i przesyłane przez   sekretarza 3-4 razy w roku do wszystkich członków. Regulamin nakładał na członków obowiązek co najmniej 1 korespondencji z Sekretarzem rocznie.

2.  Kontakty osobiste, indywidualne i spotkania klubowe (Club Socials), które odbywały się   dość   często  przy   różnych  okazjach,   w   zespołach  o  różnej liczebności, zwykle z udziałem sekretarza, zawsze służyły lepszemu wzajemnemu poznaniu się, wymianie informacji o klubie i wymianie poglądów.

Szczególną forma spotkań klubowych były te aranżowane przez członków Klubu w różnych krajach podczas zagranicznych podróży Sekretarza.

Historia Klubu przekonuje, że Sekretarz po mistrzowsku korzystał z tych narzędzi oddziaływania.