Biuletyn Klubu

Historię Klubu i jego szczególnego „ducha” najlepiej można zrozumieć studiując treść   Biuletynów, najpierw BPCC, potem Friendship & Exchange.  Pisane były w języku angielskim. Były autorskim dziełem Wincentego.Wyrażały jego poglądy, opinie i oceny, były jednak zawsze  podporządkowane   przewodniemu   credo,   które   zawarł   w   zdaniach:        Kochamy wolność i   nienawidzimy  ucisku.  Chcemy  być  wolni  od  wszelkich  rasowych,  społecznych, religijnych i politycznych uprzedzeń. Chcemy widzieć ludzi, wydarzenia  i   rzeczy   w   ich   prawdziwym  świetle.  Kochamy  pokój  i przyjaźń.   Chcemy  żyć w zgodzie ze wszystkimi.

Biuletyn Klubu wydawany był od kwietnia 1945 r. (No. 1)  jako Biuletyn The British – Polish  Correspondence Club.    Biuletyn  Nr  21   z   października   1949 r.  miał w nagłówku „BPCC International – Friendship and Exchange”. Numery 29-32 (do sierpnia 1952) nie mają już w nagłówku ”BPCC International”, a tylko napis ”Friendship and Exchange – Bulletin of the Bipsy Club”.  

Wincenty Szczęsnowicz jednoosobowo redagował i wydawał ten biuletyn przez 33 lata, od numerów 1 do 103.  Ostatni numer wydał w kwietniu 1978 przed swoim powrotem   do   Kraju.    Biuletyny   ukazywały  się systematycznie, w zasadzie 3-4 razy w roku i były wysyłane do wszystkich członków.  Po zmianie nazwy Klubu w 1952 r. zachowały ciągłość numeracji. Nie zmienił się wówczas również ogólny plan redakcyjny biuletynu, zmieniła się jednak strona tytułowa.  Poszczególne zeszyty liczyły przeciętnie  25-30 stron.

Biuletyny zapoznawały szczegółowo członków z ważnymi wydarzeniami klubowymi, z poczynaniami i planami Sekretarza, stwarzały niezwykłą, niemal rodzinną atmosferę wspólnoty klubowej.  Na przykład zachęcały członków do odwiedzania Sekretarza w jego siedzibie w Whitby, a później też zwięźle i interesująco opisywały przebieg takich wizyt.

Część biuletynu zajmowały zawsze informacje organizacyjne „Messages in Brief”, inną część stanowiły działy „New Members”, „Changes of Address, etc”., „Letter Box”, „Miscellanea”. W poszczegolnych biuletynach znalazły się również krótkie, emocjonalne wzmianki o ślubach członków, narodzinach dzieci, awansach zawodowych itp.

Bardzo ważną częścią informacyjną niektórych biuletynów była pełna lista wszystkich członków Klubu publikowana pod tytułem „Our Members”.  Członkowie,  zgrupowani wg swoich państw/krajów (później też wg regionów geograficznych), byli opisywani wg imienia i nazwiska, dokładnego adresu, grupy wieku, stopnia wykształcenia, znajomości języków i szczególnych upodobań (hobby). [A 22]

Szczególną częścią Biuletynu były autorskie teksty Sekretarza o charakterze felietonów. Zawierały sprawozdania z jego działalności , opisy zdarzeń, osobiste przemyślenia, wspomnienia z własnej przeszłości, refleksje historyczne (też patriotyczne, polskie!), sprawozdania z odbytych spotkań, podróży, odpowiedzi na nadsyłane pytania itp. Stanowiły dla autora zawsze dobrą okazję do przedstawienia swojego credo – wiary w sens i możliwość wzajemnego zrozumienia i zbliżenia się ludzi różnych narodowości, ras, wyznań i upodobań. W tych felietonach Wincenty przezornie nie poruszał tematów religijnych i politycznych.  Niektóre  jego teksty zasługują na szczególna uwagę ze względu na bardzo osobiste, niemal intymne zwierzenia autora. [patrz też załączony Biuletyn No.95]

Oto fragmenty niektórych tekstów:

Pisane w roku 1947 :„Kochani Rodacy z Ameryki,
Nie odzywałem się jeszcze do Was, więc czynię to przy okazji Nowego Roku. Życzę Wam wszystkim wiele powodzenia, zdrowia i szczęścia – no i jeszcze więcej dolarów. Napiszcie do mnie kto może, czy prawdą jest, że tam u Was miernikiem szczęścia jest ilość dolarów; tutaj u nas, w starej i wymizerowanej Europie – niekoniecznie.
Nie jestem też pewien drugiej rzeczy co do Ameryki: czy tam u Was ludzie obrażają się za szczerość. Bo tu u nas w Europie – przeważnie tak. Ale co do tego tematu, możecie mi nie odpisywać: dowiem się sam … sometime in 1947.
Więc prosto z mostu: rozczarowałem się z lekka do Was, mili Rodacy, przy pierwszym zetknięciu. Czytałem tyle, że jesteście tak narodowo solidarni, świetnie zorganizowani; że tak bardzo kochacie Polskę; że otaczacie wielką miłością żołnierza polskiego. Owszem, owszem, czytam co roku, w okresie Świąt Bożego Narodzenia, ten i ów buczer z Detroit przesyła miłe ukłony polskim żołnierzom, że ten i ów zakład pogrzebowy chce ich tanio pochować, itp. Ale gdybym tak na próbę zwrócił się do tuzina owych buczerów, pogrzebowców, a nawet do samych editorów (czyli  do   redaktorów  gazet)   z   prośbą   ni e  o  affidavity,  nie dolary czy kiełbasy, ale po prostu o kawałek życzliwego słowa do jednego z tych żołnierzy – najmniejszego skutku!
Szkoda papieru, znaczków, i każdego jednego słowa. Ha, pomyślałem sobie, zostawimy chyba buczerów w spokoju. Jeżeli w ogóle zdołamy coś zrobić dla Klubu, to chyba jedynie przez kilku życzliwych ludzi z naszego Klubu.
Stąd prośba do Was. I aby nie było nieporozumień: nie o setki dolarów nam chodzi, lecz o sto czy dwieście amerykańskich członków dla Klubu, których stać na kawałek dobrego Słowa, jeden list na miesiąc do Polaków czy Polek poza Ameryką; do Polaków i Polek w Polsce; jeżeli ktoś chce korespondować z Anglikami – jeszcze lepiej, bo Anglicy dowiedzą się i uwierzą, że masy Polaków mieszkają nawet w Ameryce..
Sto czy dwieście członków od razu, chyba nie dacie rady, bo bezwładność i obojętność amerykańska jest większa niż myślałem; ale będzie też dobrze, jeżeli dacie radę przynajmniej podwoić wasze szeregi w ciągu tego roku.

Pisane w roku 1960 :   „W sprawach zdrowia zawsze dużo zależy od nas samych – takie jest moje głębokie przekonanie. Jeżeli jesteś „na chodzie”, widzisz jakiś sens życia, dostrzegasz kolejne przeszkody, które należałoby  pokonać i koncentrujesz  całą swoją energię i swoje myśli na ich przezwyciężaniu  - tak, wtedy na pewno nie pozostanie ci wiele czasu na jakieś przeziębienia  lub  inne  niedomagania.   Uwierz w siebie, wykorzystuj rozsądnie swój czas pracy i odpoczynku, a przede wszystkim zachowuj spokój we wszystkich okolicznościach – to wszystko, wierz mi,  potrafi zdziałać cuda  /… /
Moją działalność w Klubie traktuję jako swojego rodzaju walkę, nieustającą walkę o coś.
A skoro tak, wiadomo przecież, że w każdej walce są jakieś ofiary. Bywają rozczarowania, ale zarazem też zadowolenie z tego, że udało się choćby coś małego. Na przykład jestem bardzo dumny i szczęśliwy, że zyskuję szczerych przyjaciół w wielu krajach. Nie sądźcie, że jest to coś naprawdę wielkiego, o co warto zabiegać w życiu? Jeżeli zdobywasz jednego prawdziwego przyjaciela w Klubie, również powinieneś być z tego dumny i szczęśliwy”.

Pisane w roku 1970 :    „…Nieco dyscypliny, bez której Klub nie mógłby przetrwać aż 25 lat. Mam nadzieję, że naszym członkom nie przeszkadza trochę dyscypliny, którą stosuję. Oczywiście,   większość   członków   nie   wymaga    tego,    oni   wiedzą,   jak   się zachowywać w normalnym społeczeństwie. Inni, niestety, przystępując do naszego Klubu wymagają z mojej strony pewnych pouczeń.
Było wiele przyjęć i odejść w naszym Klubie w ciągu tych 25 lat, co przecież zrozumiałe. Dużo odejść spowodowanych było śmiercią, starszym wiekiem, poważnymi zdarzeniami, zmianą sytuacji życiowej. Wiele osób rozstało się z Klubem z innych przyczyn. Niektórzy po prostu zdezerterowali, większą liczbę musieliśmy skreślić. Wszystko to jest dla mnie bardzo przykre.
Lecz mądrzejszy o lata i zdobyte doświadczenie, nauczyłem się akceptować ludzi takimi, jakimi są – niektórzy są dobrzy, inni są mniej dobrzy. Wszystkie moje rozczarowania i niespodzianki zostały wystarczająco zrekompensowane faktem, że w naszej marszowej kolumnie pozostała dobra setka przyjaciół ze Starej Gwardii, którzy są z nami od 20 i więcej lat i że ciągle jeszcze pozostaje z nami grupa Weteranów z roku 1945. 
Jak długo pójdziemy jeszcze wspólną drogą? Mam nadzieje, że jeszcze długo, choć nie za długo pod moim kierownictwem. Czy muszę wyjaśniać dlaczego? Chyba nie, gdyż uważni czytelnicy ostatnich Biuletynów znają odpowiedź. Jestem od urodzenia optymistą, jestem w dość dobrej kondycji zdrowotnej, zatem z Bożym przyzwoleniem może dożyję 80 lat. Ale, jeżeli nawet, członkowie wiedza, że od 1969 r. praca dla Klubu stała się dla mnie znacznym, odczuwalnym obciążeniem. Jeżeli osiągnę błogosławiony wiek 80 lat chciałbym wcześniej przeżyć kilka spokojnych lat, a jest to chyba rozsądne oczekiwanie.
Mam nadzieję, że będę jeszcze mógł przemaszerować z Wami kilka następnych lat a potem, może w 1975, przekazać wszystkie sprawy Klubu komuś dużo młodszemu i podobnie entuzjastycznie oddanemu pracy jak ja. To jest już postanowione i wiem, że mój wybór jest słuszny”.

Kilka   zdań   należy  poświęcić   językowi,   którym   posługiwał się Szczęsnowicz w korespondencji i w biuletynach, bo pisali o tym również członkowie Klubu.

Sekretarz wielokrotnie przepraszał za niedoskonałości swojego języka angielskiego. Było to w dużej mierze  wyrazem jego skromności, bo  pisany język angielski Wincentego z czasem stał się bardzo dobry, bezbłędny.  

Sekretarz przestrzegał jednak:  „Niech członkowie Klubu nie korzystają z biuletynów do nauki angielskiego. Pytano mnie, dlaczego nie staram się opanować perfekcyjnie języka angielskiego. Odpowiadam: czy jest to rzeczywiście konieczne? Najważniejsze, by członkowie mnie rozumieli. A poza tym uważam, że lepiej jest używać w biuletynach rodzaj „kontynentalnego języka angielskiego” w przekonaniu, że jest on łatwiejszy dla nie-Brytyjczyków. Żartując odpowiadam też, że skoro mój znakomity rodak Joseph Conrad (właściwe nazwisko Korzeniowski) mówił po angielsku z okropnym akcentem, w moim przypadku nie ma to większego znaczenia.”

Tę samoocenę Sekretarza replikował w jednym z biuletynów Sardar Saquip, członek Klubu i sekretarz regionalny z Indii:  „Nie mogę się zgodzić z Pana uwagami (krytycznymi) na temat używanego przez Pana języka angielskiego. Powiem szczerze, że  analizowaliśmy  z  kolegą  język używany  w biuletynach.   Jest on cudownie prosty, a przez to łatwo zrozumiały. Jest podobny do języka Gandhi’ego, który był bardzo prosty i bogaty w treść. Pana angielski jest ujmujący i trafia bezpośrednio do odbiorcy”.

Tony Gabis, Anglik,  znawca  języka angielskiego, uważa, że „/…/  Nie jest łatwo tłumaczyć język angielski Wincentego na polski, ponieważ jego uroczą cechą jest to,  że nie zawsze jest on ‘prawdziwie’ angielski. Jest on perfekcyjnie poprawny i zrozumiały lecz wyraża nieraz myśli w sposób niespotykany u  ‘prawdziwego’ Anglika”.

Autorskie teksty Wincentego drukowane w biuletynach są obecnie jedynym, autentycznym źródłem wiedzy o nim.  Należy żałować, że większość tych biuletynów uległa rozproszeniu i zniszczeniu.  Spośród 103 biuletynów wydanych przez Wincentego, w  posiadaniu autora znajduje się około 40 %, z przewagą biuletynów F&E.[patrz Źródła]