„Serce zawsze polskie”

Wincenty ‘był doskonale poinformowany i zorientowany’ w sytuacji politycznej w kraju. Nie mógł nie wiedzieć, że w okresie ostrych represji stalinowskich działalność członków Klubu była pilnie śledzona przez władze bezpieczeństwa i że niektórych spotkały dotkliwe represje. Zapewne też z dużą uwagą i ostrożnością śledził odwilżowe zmiany klimatu politycznego w Polsce w połowie lat 50-tych.  Sam zdecydował się na pierwszą podróż do Polski dopiero w 1958 r.

W 1963 r. zwierzał się na łamach jednego z Biuletynów:  Przypuszczam, że wszyscy członkowie Klubu wiedzą, że Vincenty Swicz urodził się w Polsce. Wydarzenia wojenne zawiodły go w czerwcu 1940 r. do wybrzeży Wielkiej Brytanii. Jest teraz obywatelem brytyjskim lecz uważa, że mimo iż żyje w Anglii dłużej niż dwadzieścia lat jego poczynania i zwyczaje są nadal bardziej polskie niż angielskie. Uważa też, że mimo że jest lojalnym obywatelem brytyjskim, jego serce zawsze pozostanie polskie.

Poglądy polityczne Wincentego, z pewnością dobrze utrwalone, były kształtowane przez jego środowisko rodzinne i lata młodości, udział w wojnie polsko-bolszewickiej oraz solidne polskie szkoły oficerskie. Poglądy te musiały być dalekie od tych, które oficjalnie obowiązywały w Polsce po 1945 r.  Wincenty nigdy nie ujawniał ich   demonstracyjnie,   stosownie   do   kardynalnej   zasady   obowiązującej   w   Klubie i wypisanej na okładce każdego numeru Biuletynu:  ”We do not pursue any political or religious aims”.

Pod koniec wojny, w atmosferze wielkich rozterek, rozczarowań  i goryczy, na którą wystawieni byli wszyscy Polacy pozostający poza krajem, wyrażał niewzruszoną wiarę, że Polska znowu kiedyś stanie się wolna i nawet w ostatnim rozdziale swojej książki Poland Still Unknown zapraszał czytelników do odwiedzenia Polski po wojnie. Nie   wierzył,  że  poważne   sprzeczności   istniejące   miedzy   Związkiem   Radzieckim
a Polską zostaną zniwelowane po zawarciu umowy o tworzeniu Polskiej Armii na terenie   ZSRR.  Niemniej   snuł   odważną   prognozę   na  lata  powojenne, przewidując
w   przyszłości   system   polityczny  podobny  do  obecnej  Unii  Europejskiej, ale  tylko
z udziałem krajów Europy Środkowej.

W  jednym z Biuletynów z 1947 r. znajdujemy rozważania Szczęsnowicza,  które pozwalają zrozumieć, dlaczego w niektórych Biuletynach, zwłaszcza późniejszego okresu, pojawiały się teksty Sekretarza życzliwie oceniające pewne zjawiska zachodzące w powojennej Polsce.   Chodziło przede wszystkim o niektóre procesy demograficzne, o pewne aspekty powojennej odbudowy, zagospodarowanie nowych terenów kraju:  Klub nasz ma jaką taką rację bytu, o ile poprzez Klub zdziałamy coś pożytecznego dla Polski. Dla Polski – to znaczy dla tych, którzy mieszkają w kraju”.  Pisał dalej: „Wiemy, że szereg „tutejszych” Polaków nie ustosunkowuje się przychylnie do obecnej rzeczywistości w kraju.  To im wolno i staramy się ich zrozumieć.  Czego im jednak bezwzględnie nie wolno – to szkodzić Polsce; nie wolno mówić nieprawdy, skoro się dobrze nie wie, jak wygląda prawda. /…/ Ostatecznie wszystko wolno powiedzieć, byle mądrze i uczciwie. Ale wydaje się nam, że dla dobra Polski lepiej jest może o pewnych rzeczach nie mówić, bo i co to Polsce czy Wam osobiście pomoże?

Szczęsnowicz  był  świadomy  tego,  że  jawne  rozpolitykowanie członków Klubu i Sekretarza oraz wypowiedzi krytykujące system polityczny Polski na łamach Biuletynu mogą zaszkodzić Klubowi, a nawet zagrozić jego łączności z krajem.  Poza tym,   Wincenty  zamierzał  zrealizować  swoją  pierwszą  po  wojnie  podróż  do Polski, a w dalszej perspektywie myślał o powrocie do kraju na ostatnie lata swojego życia. Na Wyspach Brytyjskich nie miał żadnych krewnych.

W swoich felietonach publikowanych w Biuletynie zawsze bardzo obszernie omawiał swoje wyjazdy do Polski.  Przy okazji  objaśniał sprawy polskie, a gdy tylko można było, z dumą przypominał o swoim polskim pochodzeniu i wydarzeniach wojennych, które przywiodły go na Wyspy Brytyjskie, gdzie po latach znalazł drugą ojczyznę.

Krewni i znajomi odwiedzani przez niego w Polsce wspominają, jak bardzo emocjonalnie przeżywał swoje urlopowe pobyty w  Kraju, a zwłaszcza te w rodzinnych stronach.

Teksty jego książek, zwłaszcza  Poland Still Unknown  pisane są z wielką patriotyczną pasją.

Decyzja o przyjęciu obywatelstwa brytyjskiego (1956 ?) być może miała mu m.in. zapewnić dodatkowy glejt na jego pierwszy po wojnie pobyt w Polsce, do którego doszło 2 lata później. Był organizatorem i animatorem ‘dziwnej’ organizacji  międzynarodowej, której działalność na terenie Polski była długo przez władze podejrzliwie tropiona.

Szkoda, że Wincenty Szczęsnowicz nie doczekał wielkich przemian ustrojowych w Polsce, chociaż przeżywał, zapewne z dużą nadzieją, wydarzenia lat 1980-1981, które przemiany   te   zapoczątkowały.   Czy   dostrzegał   wówczas   związek   tych przemian
z działalnością własną, klubową i środowisk emigracyjnych na rzecz podtrzymywania silnych związków Polaków z Krajem?

Z pewnością nie żałował swojej decyzji o powrocie do Kraju, co pozwoliło mu stać się świadkiem wielkich, historycznych przemian.

Klub  i  jego  sekretarz,  byli  obiektem  dużego  zainteresowania  SB.   Działalność
w   Polsce  klubu   korespondencyjnego   o   zasięgu   międzynarodowym,  kierowanego
z terenu Anglii przez przedwojennego polskiego oficera zawodowego, musiała budzić podejrzenie ówczesnych władz, że jest przykrywką działalności szpiegowskiej lub dywersyjnej. [A 27] .

Wiadomo,  że   niektórzy  członkowie  Klubu  byli  inwigilowani,   przesłuchiwani i poddawani  różnym   naciskom,  a  nawet szykanom przez  SB. Skłoniło to niektórych
z nich do wystąpienia z Klubu.  Zainteresowanie SB Klubem prawdopodobnie było największe w dziesięcioleciu 1947-1956.10

Przyjazdy Wincentego do Polski po wojnie były każdorazowo dla niego wielkim przeżyciem.  Na pierwszy przyjazd zdecydował się w 1958 r., z pewnością po  szczegółowych  rozważaniach  nad zmienioną sytuacją polityczną w Polsce i nad własnym bezpieczeństwem.  Był świadomy własnych zagrożeń, wszakże był oficerem kadrowym, służącym przed wojną na odpowiedzialnym stanowisku w najwyższym dowództwie.

Ze wspomnień członków rodziny, ale też ze zwierzeń Wincentego na łamach Biuletynów, wyłania się obraz osoby, bardzo silnie przeżywającej kontakt ze śladami przeszłości.  W towarzystwie członków rodziny lub sam odwiedzał Suwałki i okolice, gmach swojego gimnazjum, groby bliskich krewnych.  Chłonął intensywnie i z dużym wzruszeniem relacje bliskich o tragicznych losach rodziny w okresie wojny i trudnych latach powojennych.  Sam o sobie opowiadał niewiele.

W 1958 r., po pierwszej po wojnie wizycie w Polsce, pisał w Biuletynie:

Zatrzymałem się tylko przez dwa dni w Warszawie i pospieszyłem do małego miasta,  Augustowa /…/, gdzie żyje mój brat (71), moja siostra i tuzin lub więcej bliskich krewnych – możecie sobie wyobrazić jak bardzo byliśmy szczęśliwi przeżywając nasze spotkanie.  A niezależnie od tych kontaktów rodzinnych, jak wzruszające było zwiedzanie miejsc i oglądanie rzeczy, wśród których mijało moje dzieciństwo i lata szkolne. Miasto bardzo ucierpiało w wyniku działań  wojennych,  lecz  wszystkie okoliczne  jeziora, pola i lasy, wszystkie dobrze znane rzeczy i wspomnienia odległej przeszłości zachowały się…

Jak zawsze był bardzo zainteresowany bieżącymi sprawami rodziny, jej kłopotami, niedoborami. Podczas kolejnych wizyt zwykle obdarowywał członków rodziny różnymi prezentami i upominkami, mającymi w tamtych latach niebagatelną wartość, głównie  użytkową.   Był  przy tym jak zawsze bardzo troskliwy, przewidujący i praktyczny.  Ze szczególną troską odnosił się do najmłodszych członków rodziny.

Swoje przedwojenne, 6-pokojowe mieszkanie w Warszawie już wcześniej przekazał swoim dwom bratanicom,  córkom Bolesława.

Spotykał się z Kazimierzem, swoim starszym bratem, który wraz z rodziną przeżył gehennę zsyłki na Syberię.  Odbywali niekończące się spotkania i rozmowy. Prawdopodobnie również wtedy utrwalił się w Wincentym zamiar powrotu do kraju, do rodziny, o czym myślał od wielu lat.

Stosunki w  rodzinie  Szczęsnowiczów dobrze ilustruje bardzo osobiste, interesujące wspomnienie Tadeusza Trzaskalika.

„Wincenty Szczęsnowicz był stryjem mojej mamy. Darzyli się zawsze wielką sympatią. W czasie wojny stryj Wicek (tak nazywaliśmy go wszyscy w rodzinie) doprowadził   do   uwolnienia   z   obozu   w   Ravensbrück   mojej mamy, aresztowanej
w kwietniu 1940 roku w Suwałkach. Tę niezwykłą historię poznaliśmy w szczegółach dopiero po wielu latach. Została ona opisana w innym miejscu tej książki.

Po  wojnie  mama  zaangażowała  się  w  organizację  klubu korespondencyjnego
w Polsce, lecz zrezygnowała z tej działalności po rozmowach ostrzegawczych, które przeprowadzili z nią pracownicy Urzędu Bezpieczeństwa.

W czasie swych podróży do Polski stryj Wicek, przyjeżdżając na kilka dni do Katowic, zawsze zatrzymywał się u nas. Był interesującym gawędziarzem, umiał bardzo ciekawie opowiadać o działalności klubu korespondencyjnego i swych podróżach. Był tez zapalonym filatelistą.

W roku 1970 (a było to w trakcie drugiego roku moich studiów) otrzymałem od stryja Wicka zaproszenie do przyjazdu do Anglii. Mój ponad sześciotygodniowy pobyt w Whitby przypadł w okresie gdy stryj mieszkał sam w domu letniskowym, który nabył wiele lat wcześniej.Nie bardzo sobie radził w sprawach kuchennych i domowych, więc w miarę możności pomagałem mu. Wieczorami opowiadał mi o swym życiu oraz o historii i aktualnej działalności klubu korespondencyjnego. Z tych opowiadań wyłaniał się jego wielki patriotyzm i zaangażowanie w sprawy polskie. Rozmawialiśmy o Katyniu (w tym czasie w Londynie odsłonięty został pomnik katyński, miałem okazje uczestniczyć w tej   uroczystości).  Czytaliśmy również wspólnie (oczywiście w angielskim oryginale) książkę „Animal Farm” Orwella – stryj Wicek tłumaczył mi nieznane słówka (mój pobyt w Anglii miał w założeniu  pomóc mi w nauce języka angielskiego).

Po  latach  mogę  z  całą  pewnością  stwierdzić,  że  wizyta w Anglii w roku 1970
i długie rozmowy ze stryjem Wickiem w znaczący sposób ukształtowały mój pogląd na świat. W owym czasie taki wyjazd był naprawdę czymś niezwykłym.

W trakcie pobytu w Anglii poznałem szereg osób zaprzyjaźnionych ze stryjem. Co niedzielę po mszy chodziliśmy w odwiedziny do pani Alice Livsey, która zawsze częstowała nas kieliszkiem cherry. Odwiedzała nas pani Blanca Irwing, żona Eugeniusza Irwinga, przyjaciela stryja z czasów wojny, pełniącego nieraz w zastępstwie funkcję sekretarza Klubu w czasie jego dłuższej nieobecności.

Dzięki rekomendacji stryja Wicka zamieszkałem kilkanaście dni u pewnego angielskiego   małżeństwa  w  Londynie,   co  pozwoliło  mi  poznać  miasto. Znajomość
z państwem Malerbi utrwaliła się, odwiedzaliśmy się w ciągu następnych lat niejeden raz i nasza znajomość, którą zawdzięczam stryjowi Wickowi, trwa do dzisiaj.

W tym czasie stryj Wicek miał już 71 lat, myślał o rezygnacji z aktywnej działalności w Klubie Korespondencyjnym  i powrocie na stałe do Polski. Rozważał sposób przekazania spraw klubowych swej następczyni (pani K. Richardson), jak również   organizację  swojego   przyjazdu  do  Polski.   Zamierzał  zamieszkać  na  stałe przy krewnych w Kostrzynie k. Poznania. Plany swe zrealizował kilka lat później.

Po powrocie do Polski stryj Wicek przez kilka kolejnych lat na zaproszenie mojej mamy przyjeżdżał regularnie w okresie letnim na kilkanaście dni do Katowic. Pierwszy jego przyjazd miał miejsce w czerwcu 1979 roku i zbiegł się z przyjazdem Papieża Jana Pawła II do Polski.  Ostatni raz przyjechał do nas w roku 1985. Był gościem niekłopotliwym i niewymagającym. Lubił śpiewać rosyjskie piosenki, akompaniując sobie na fortepianie, układał pasjanse i palił papierosy.  Opowiadał też różne zabawne anegdoty, często z puentą w języku rosyjskim. Jedna z nich dotyczyła sytuacji, kiedy goście opuścili przyjęcie głodni. Na pytanie, dlaczego tak się stało, padła odpowiedź jednego z nich : „Ну всё было, только принуки не было” (wszystko było, tylko nikt nie zachęcał).

Inna zabawna historia związana jest z niedokończoną wizytą w sztolni Czarnego Pstrąga w Tarnowskich Górach. Chcąc umilić stryjowi Wickowi pobyt w Katowicach, zabraliśmy go samochodem w to mocno reklamowane wówczas miejsce. Po przyjeździe okazało się, że ze względu na późną porę zwiedzenie sztolni byłoby możliwe pod warunkiem wykupienia przez nas 10 biletów wstępu (byliśmy tylko we trójkę). Stryj Wicek zaraz na to przystał i po uiszczeniu niemałej należności zaczęliśmy schodzić krętymi, wąskimi i słabo oświetlonymi schodami na dół. Tam czekały na nas łódki, wykorzystywane do zwiedzania przy świetle pochodni zalanych wodą sztolni. Te uciążliwości, widok kołyszących się łódek i perspektywa wpłynięcia w ciemny korytarz tak zniechęciły stryja Wicka, ze przy gorącym poparciu mojej żony, a ku zdumieniu obsługi stwierdzili oni, że wszystko, co chcieliśmy, już zobaczyliśmy. Tak więc mimo wykupienia wycieczki dla 10–osobowej grupy nie doszło do jej ”skonsumowania”.

Odwiedziłem z żoną i naszą małą córeczką stryja Wicka w Kostrzynie w roku 1981.    Zaprosił   nas   wtedy   na    obiad.    Następny    raz    pojechałem   do Kostrzyna
w listopadzie 1987 roku na jego pogrzeb. Nie było ministranta i ksiądz, odprowadzający trumnę poprosił mnie na cmentarzu o niesienie krzyża. Szedłem więc na czele orszaku, prowadząc stryja Wicka w jego ostatniej ziemskiej podróży.”

~

 

Marzył, by po zakończeniu prac sekretarza Klubu – a planował to z pewnym wyprzedzeniem na rok 1975 (w rzeczywistości stało się to 3 lata później) – znaleźć przystań na resztę życia w Polsce, a może w jakimś zaciszu na południu Anglii. Myślał o miejscu spokojnym, o nowym środowisku, wsród nowych ludzi i wiązał z tym nadzieję na dużą zmianę w swoim życiu.

We właściwy sobie racjonalny i planowy sposób przygotowywał przez kilka lat członków Klubu do swojego odejścia, a siebie do powrotu do Polski. Już w 1962 r. rozważał:

Muszę  zacząć  planować  i  organizować  sprawy na  moją następną, bardzo długą podróż, z której nie będzie powrotu. Początek tej podróży wydawać się może teraz trochę odległy, lecz przecież ‘nigdy nie wiadomo’, więc będzie rozsądnie z mojej strony zacząć już przygotowania. Mam za dużo bagażu, a lubię podróżować zawsze bez nadmiernych ciężarów, zatem mam jeszcze wiele rzeczy do uporządkowania. /…/

Czy mam spróbować przewidzieć najbliższą przyszłość Klubu? Jeżeli chcieć podróżować bez nadmiernych ciężarów, będzie mądrze pozbyć się niepotrzebnego bagażu klubowego. /…/ To może powodować, że jeżeli nawet dożyję na przykład do roku 1977, pozostanie przy mnie zaledwie 50 -100 członków i przyjaciół. /…/

Klub będzie trwał mimo, że stał się bardziej moją własną, prywatną instytucją niż „ruchem”  Poniekąd sam chciałbym zaspokoić własną próżność:  na ilu prawdziwych przyjaciół mogę liczyć? Gdybym mógł zachować przynajmniej stu w godzinie mojego Wielkiego Odjazdu, byłbym bardzo szczęśliwy.

Może nasz Klub ożywi się znowu nieco, byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby tak się stało. Lecz od teraz wszelka inicjatywa i wszelkie poczynania zależne są od Was, nie ode mnie. Ja sam mam odtąd pewien określony, ograniczony cel: chcę skupić moja uwagę i moje poczynania  na moich przyjaciołach; nawet nie za bardzo starając się o powiększenie ich liczby. Rozwijanie nowych przyjaźni to długotrwały trud, a mnie pozostało już niewiele czasu. By zakończyć – apeluję do moich wiernych członków i przyjaciół: bądźcie spokojni i nie martwcie się. Jeżeli nawet tylko stu spośród nas pozostanie w gromadzie, zdołamy kontynuować nasza przygodę, która nazywa się Friendship & Exchange.

W lipcu 1978 r. Wincenty wrócił ostatecznie do Polski.  Podczas wcześniejszych pobytów w kraju (ostatni w 1976 r.) uzgodnił dokładnie warunki swojego stałego zamieszkania z rodziną Jezierskich w Kostrzynie k.Poznania.  Jadwiga Jezierska była jego kuzynką ze strony matki.1

Również po powrocie do kraju pozostał bardzo aktywny.  Odwiedzał krewnych, gościł ich również u siebie, korespondował z przyjaciółmi w Anglii i na świecie.
W jednym z Biuletynów Klubu wydanych krótko po wyjeździe Wincentego do Polski znalazła się taka zabawna notatka:  „Nie ma Vincent Swicza w Polsce?  Niektórzy członkowie Klubu skarzą się, że nie mogą znaleźć V.S. na liscie członków Klubu. Niektórzy domyślają się prawidłowo, że pan Wincenty Szczęsnowicz to własnie Vincent.  Używa teraz swojego właściwego nazwiska po powrocie do Polski.”

Oczywiście nie  kierował już  Klubem.  Rzadko odwiedzali  go przyjaciele z Anglii
i innych krajów. Sam chętnie jeździł po kraju i odwiedzał krewnych i klubowiczów. Raz nawet skorzystał z gościny u członkini Klubu w Czechosłowacji.  Nie tracił zainteresowania dla spraw rodzinnych, dla swoich bliskich pozostawał zawsze przystępny, bardzo uczynny i pomocny.

Kazimierz  Matysek, mieszkaniec Kostrzyna,  poznał  Wincentego Szczęsnowicza   i  spotykał  się  z nim w latach 70-tych, gdy mieszkał w tym  miasteczku wielkopolskim, liczącym  wówczas 7000 mieszkańców.  Tak opisał swoje wspomnienia:

„Pamiętam pana Wincentego Szczęsnowicza jako człowieka niezwykle sympatycznego miłego, kulturalnego, wzbudzającego zaufanie, chętnego do nawiązywania rozmów i kontaktów.

Mam w pamięci obraz spacerującego ulicami miasta mężczyzny średniego wzrostu,  godnie  wyprostowanego,  starannie  ubranego, swobodnie poruszającego się,
z laską w ręku, czy to w drodze do kościoła, czy po gazetę do kiosku.  To właśnie był Wincenty Szczęsnowicz.

Mieszkał z rodziną Jezierskich, znaną w mieście, której głową był Stefan, powszechnie   znany  i  szanowany   lekarz   medycyny.   W  domu państwa Jezierskich, w parterowej  willi przy ulicy Wielkopolskiej,  pan  Wincenty miał  swój  odrębny pokój i żył w dobrych warunkach wśród życzliwych mu ludzi.

W  umiarkowanym  stopniu  udzielał  się  społecznie.   Z mojej inicjatywy miewał
w   Ośrodku   Kultury    (w  którym  pracowałem)   spotkania   z   byłymi   wojskowymi, kombatantami  i  młodzieżą.   Podejmował   różne   tematy  wspomnieniowe,   wojenne, również o Ziemi Augustowskiej z której pochodził, a gdzie pobudował Kanał Augustowski urodzony pod Kostrzynem gen. Ignacy Prądzyński.

Wincenty  Szczęsnowicz  nie  był  w  mieście  powszechnie  znany i nie zapisał się
w historii miasta w jakiś szczególny sposób.

Natomiast  pamiętam,  że  pan  Wincenty  był  dobrze  znany filatelistom z miasta
i okolicy!    Zabiegali  o  kontakty z  nim,  spotykali się  ze względu na jego dużą wiedzę
i doświadczenie  w  tym  zakresie.   Wiadomo było, że ma interesujące zbiory znaczków
pocztowych  i   polskich   kopert  FDC  z  lat  50-tych  i  60-tych,  że  je  nadal   uzupełnia
i też chętnie udostępnia zainteresowanym.  Jako  prawdziwy filatelista prowadził również wymianę znaczków z filatelistami krajowymi i zagranicznymi.

Chętnie opowiadał o założonym przez siebie w Anglii Klubie Korespondencyjnym którego metalowe znaczki (z jaskółką) mi ofiarował.  Dzięki działalności Klubu on sam, jak też inni członkowie Klubu,  zapraszając się wzajemnie mogli poznać odległe, interesujące zakątki świata.

Na  jego  nagrobku  na   kostrzyńskim  cmentarzu  parafialnym umieszczono obok
nazwiska  inskrypcję  ‘Kapitan Wojska Polskiego’  dla  podkreślenia jego wiernej służby
dla Ojczyzny w latach przed i podczas II. wojny światowej.”

Z końcem 1983 r. zwierzał się w liście do Janiny Pietrzak, bliskiej krewnej:

U mnie, niestety, coraz mniej chęci na różne plany, wycieczki, małe szaleństwa. Najchętniej przebywam w domu, nieraz nie chce mi się niczego, nawet wyjścia na mały spacer – człowiek już naprawdę starzeje się. Ale ze zdrowiem nie jest jeszcze najgorzej. Będę starał się pociągnąć do lat 90.

Przez całe swoje życie bardzo aktywny i sprawny, ostatnie miesiące życia spędził w  łóżku,  zniewolony  poważnymi  niedomaganiami.  Wymagał  stałej opieki lekarskiej
i  pielęgniarskiej.  Nie   są   znane   szczegóły   jego   niedomagań  ani  dokładny czas ich trwania.

W księgach parafialnych w Kostrzynie zapisano, że  „Wincenty Szczęsnowicz, wojskowy,  kawaler,  zmarł   14  listopada  1987 r.  o  godzinie 5 rano na  ‘uwiąd starczy’
(akt zgonu USC nr 94), a pogrzeb odbył się 17 listopada 1987 r. w asyście ks. Gracjana Matysiaka na tutejszym cmentarzu.”

Prosta, estetyczna płyta nagrobkowa na grobie Wincentego Szczęsnowicza głosi, że spoczywa tam  Kapitan Wojska Polskiego. Ten dumny napis, być może wcześniej uzgodniony z Wincentym, zdaje się trafnie wyrażać bogatą i niezwykłą osobowość Wincentego Szczęsnowicza, który przez całe swoje życie, nawet po zdjęciu munduru, pozostał oficerem.[A 26a] [A 26b] .

Gdyby na płycie nie było tej inskrypcji i trzeba było puste miejsce zapełnić –  może należałoby wpisać „Służył Ojczyźnie i kochał ludzi.”

————

10  Z zachowanej w IPN dokumentacji wynika, że SB traktowała działalność Klubu jako część problematyki, zaszyfrowanej jako R.O. (rozpracowanie obiektowe) ”Wyspa” (do 1950 r. kryptonim „Kanał”). Operacja ta była nadzorowana przez Departament II MSW, powołany do „organizowania i przeprowadzania walk z szpiegowską działalnością wywiadów państw kapitalistycznych, wymierzoną przeciwko Polsce Ludowej”. W 1976 r.  R.O. „Wyspa”  otrzymała nowy kryptonim – „Albion”. Można przypuszczać, że działalność Klubu wtedy nie skupiała już na sobie większej uwagi SB.  W materiałach archiwalnych SB zarządzanych przez IPN autor znalazł 15 numerów biuletynów Klubu z  okresu  październik 1946 (No.7) – kwiecień 1950 (No.23) oraz krótką korespondencję wewnętrzną UB dotyczącą przekazu dokumentów w obrębie instytucji. Trwa poszukiwanie materiałów operacyjnych. Na razie natrafiono m.in. na raport Pow. UBP w Kluczborku do Woj. UBP w Katowicach z 10.1.1950 r. z następującym znamiennym ustępem: „Melduję, że dnia 10.I.1950 r. przystąpiono do rozpracowania obiektowego sprawy pod krypt. „Kanał” osób, które są członkami Brytyjsko-Polskiego Klubu Korespondencyjnego z siedzibą w Londynie.  W związku z tym, że osoby które są członkami danego klubu, zanotowane jako element niepewny, gdyż mogą zachodzić mozliwości wykorzystania ich przez wywiad angielski. Wobec tego przystąpiono do rozpracowania danych osób.” / … / Oprac. D.M., kier.referatu  /pisownia oryg./