Styl życia

Był człowiekiem inteligentnym, dobrze wychowanym, w młodości nagradzanym uczniem,   a   później  uczestnikiem   wielu   szkoleń  oficerskich.  Był  zdyscyplinowany i pracowity.

Języków obcych uczył się m.in. przez codzienne głośne rozmowy w danym języku z samym sobą.5  Miał zdolności rysunkowe, lubił czytać książki historyczne, interesował się poezją.  Czytał regularnie prasę, by podążać za biegiem wydarzeń. Palił  papierosy, rzadko, „od święta” pił alkohol, lubił dobrą herbatę – w Anglii przyzwyczaił się do bawarki. Umiał robić bardzo smaczne omlety.  Z pasją kolekcjonował znaczki pocztowe i koperty FDC, co nie było dla niego zajęciem trudnym ze względu na intensywną korespondencję prowadzoną z całym światem.6

Nawet w Whitby pamiętają go jeszcze teraz niektórzy filateliści jako bardzo chętnego i uczynnego w wymianie i zbywaniu znaczków. Podobnie w Kostrzynie, gdzie spędził ostatnie swoje lata.

Był człowiekiem wierzącym i praktykującym, szczerze i bez ostentacji, której zawsze  w życiu unikał.  Wśród różnych notatek, listów i dokumentów, które znaleziono po jego śmierci, była też ozdobnie oprawiona modlitwa św. Franciszka w języku angielskim. [A 28]  Można przypuszczać, że Wincenty upodobał ją sobie ze względu na szczególną formę i treść.

W 1974 r., gdy zaczął przygotowania do powrotu do Polski i stanął wobec konieczności rychłej, radykalnej zmiany trybu życia, snuł następujące rozważania:

Wyobrażam sobie, że Ojciec Niebieski, który był dla mnie zawsze bardzo łaskawy, zapyta mnie: Wincenty, moje drogie dziecko, czy chciałbyś pójść do nieba, czy jesteś gotowy? Wątpię, czy moja odpowiedź byłaby – tak, mój Panie, chciałbym pójść do nieba, lecz może nie ma pośpiechu, czy mógłbym zaczekać jeszcze rok lub dwa? Bo, czy na prawdę wszyscy ludzie, nawet ci którzy podobno nie chcą żyć dłużej, gdy nadchodzi ich ostatnia godzina, bardzo mocno, do ostatniego tchu, przywierają do życia, ulegając niejasnemu instynktowi samozachowawczemu? Zastanawiam się, czy będzie tak również ze mną? Mam nadzieję, że nie. Jak na razie mogę szczerze wyznać, że nie chciałbym żyć ponad pewną granicę wieku, na przykład 85 lat, nawet gdybym zaznał łaski zachowania do tego czasu względnie dobrego zdrowia.  Dlaczego? Ponieważ uważam, że wiek 85 lat byłby dla mnie właściwy, gdyż moje życie nader obfitowało w różne zdarzenia, wstrząsy i emocje.

Jest też inny, może ważniejszy powód. Im dłużej żyję, tym bardziej zniechęcam się do naszej ‘super-cywilizacji’ z wszystkimi jej nowymi, głupimi modami i trendami we wszystkich dziedzinach ludzkiej aktywności. W wielu umysłach zaszło coś w rodzaju duchowej aberracji, doprowadziło do zaniku niektórych dobrych obyczajów, bez których nie może istnieć porządek, pokój i postęp, a przy tym choć trochę ludzkiego szczęścia.  Nieraz myślę, że jakieś siły Zła zostały uwolnione na zgubę ludzkości./…/

Prawie  wszyscy  ludzie  twierdzą,   że  gdyby  mogli  przeżyć  swoje  życie  jeszcze  raz,  od początku,  to nigdy nie popełniliby pewnych błędów – nonsens, nieprawda! Z całą pewnością popełniliby te same lub nawet większe błędy. Co do mnie, nie życzyłbym sobie przeżywania życia od początku.

Jako  sekretarz  Klubu  rygorystycznie  przestrzegał  zasady,  by w korespondencji i rozmowach z członkami unikać tematów politycznych i religijnych.

Dbał o kondycję i był dumny ze swojego dobrego stanu zdrowia, lecz nie uprawiał sportu – przywiązywał duże znaczenie do codziennych spacerów, szczególnie wieczornych. Lubił układać pasjansa.  Często przy tym nucił lub śpiewał.

Był bardzo gościnny i lubił gościć u siebie znajomych, przyjaciół, członków Klubu.
Nabył dom-pensjonat w Whitby (1952), który stał się jego mieszkaniem, oficjalnym adresem Klubu i szeroko otwartym domem gościnnym przez 25 kolejnych lat.  Wynajmowanie pokoi w tym domu, zwłaszcza w sezonie letnim, było też źródłem dochodów Wincentego.

Jestem szczęśliwy, że mam własny, duży dom. Daje mi to błogie poczucie stabliności, również stały adres, tak potrzebny w pracy klubowej. Poza tym pomaga mi budować mosty do serc wielu przyjaciół. Pisanie listów, rozmowy z ludźmi również często pomaga. Lecz dużo lepiej jest przebywać z przyjacielem pod jednym dachem, obserwować jego życie codzienne, jego problemy, radości i smutki.7

Przyjaciołom  organizował  również  gościnę  u swoich  krewnych  w Polsce, jeżeli tylko tam się znaleźli.

Spotykanie się z ludźmi, poznawanie ich, nawiązywanie przyjaznych kontaktów
było jego żywiołem.

O swoich  podróżach   zagranicznych  powiedział:   Nie  jestem   specjalnie  łasy   na zabytki,   krajobrazy,   muzea …  Interesują   mnie  przede  wszystkim  ludzie, ich warunki życia, sprawy rodzinne,  domowe …

Po swojej pierwszej po wojnie wizycie w Polsce (1958) pisał entuzjastycznie:

Spotkałem i ściskałem ręce, przebywałem w domach i rozmawiałem z 25 naszymi członkami w Polsce, dodatkowo z 8 z długim stażem, 3 nowymi.

Wszyscy oni to wspaniali ludzie o szerokich horyzontach, traktowali mnie jak bardzo ważną osobę (VIP). A szczegół ten jest wart podkreślenia: we wszystkich przypadkach spotkałem ich po raz pierwszy w życiu (za „żelazną kurtyną”!) i za każdym razem rozmawialiśmy ze sobą, jakbyśmy się znali od wielu lat. Rozmawialiśmy swobodnie, ufnie, na najbardziej delikatne tematy natury osobistej, podobnie jak na drażliwe tematy natury ogólnej.

Wspomnienie Czesławy Makedańskiej, członkini Klubu, z jednego z tych spotkań  o których  pisze Wincenty:

„Pamiętam doskonale – uderzająco skromny pan, radosny, serdeczny, słuchający bez przerywania. Życiorysu nie musiał mówić – wiedziałyśmy o nim bardzo dużo. Mówiłyśmy o sytuacji w Polsce, Ela i ja, ubolewałyśmy, że było tak, a nie inaczej. /…/ Wicka nic nie dziwiło, był doskonale poinformowany i zorientowany. Co mogę dodać – wspaniałe maniery, piękny język – serdeczność. Bolesne, że tylko jeden raz miałam szczęście spotkać się  i rozmawiać z Wincentym Szczęsnowiczem”.  /…/

*

Nie można pominąć oceny stosunku Szczęsnowicza do materialnych aspektów życia,   również  do  spraw  finansowych.    Zwłaszcza,   że   jego   aktywny   tryb   życia
i intensywna działalność w okresie, gdy kierował Klubem, wymagają takiej oceny.
Po opuszczeniu wojska przez z górą  30 lat pozostawał na obcej, choć przyjaznej sobie ziemi i musiał troszczyć się o własne przetrwanie. A był samotnikiem i nade wszystko cenił sobie niezależność i wygodę.

Z   przekazów   rodzinnych  wiadomo,   że  rodzice  Szczęsnowicza   nie   opływali
w bogactwa i wiedli dość skromne życie.Wincenty wcześnie ich opuścił i dobrze poznał surowe warunki życia poza domem, w internatach. W tym czasie zapewne nie dysponował większymi kwotami pieniędzy, może tylko skromnym „kieszonkowym”.

Służba w wojsku spowodowała bardzo znaczną poprawę i stabilizację jego sytuacji materialnej, zwłaszcza po osiągnięciu stopnia kapitana.  Sam określił wysokość otrzymywanych wtedy poborów na  615 zł miesięcznie (brutto).   Pozwoliło mu to również wspierać finansowo niektóre przedsięwzięcia rodzinne i wspomagać członków rodziny w potrzebie.  Na przykład dwie siostrzenice dzięki niemu ukończyły szkołę rolniczą w odległej Dąbrowie Zduńskiej k. Łowicza.  Ojciec Wincentego ciężko pracował na swoim gospodarstwie aż do momentu, kiedy Wincenty w 1934 r. zatrudnił i zaczął opłacać administratora.  Z początkiem lat 30-tych Wincenty wybudował w Augustowie dom.

W Warszawie miał własne, 6-pokojowe mieszkanie na Żoliborzu.

Już na emigracji wojennej w Szkocji, od 1941 r. jego działalność pisarska (2 książki wielokrotnie wydane) prawdopodobnie pozwoliła mu stworzyć sobie lepsze warunki bytu, niż mieli je inni oficerowie.

W „Kwestionariuszu osobistym” który wypełniał w styczniu 1947 r. dla potrzeb władz brytyjskich przy pytaniu „Ile posiadasz (funtów) – mniej czy więcej niż 200 £ ?” zakreślił odpowiedź „Więcej niż 200 £”.   Pozwala to przypuszczać, że kończąc służbę wojskową w trudnych warunkach powojennych na obczyźnie, nie otwierał nowego rozdziału życia w stanie ubóstwa.

Wincenty zwierzał się, że z końcem lat 40-tych zainwestował wspólnie z kolegami z wojska swoje oszczędności w jakieś przedsięwzięcie gospodarcze typu rolnego, co okazało się korzystne.

Już od roku 1945 i na następne lata dodatkowym, chociaż  skromnym źródłem dochodu stał się dla Szczęsnowicza Klub.   Klub opłacał swojego sekretarza, co wykazywano    skrupulatnie w rocznych sprawozdaniach finansowych. Kwoty przeznaczone na  ten  cel  były  małe  i  wahały  się  w ciągu trzydziestolecia od 140  do 220 £  rocznie. Klub pokrywał większą część wydatków Sekretarza na podróże zagraniczne, które zawsze służyły również ożywianiu działalności regionalnych kół klubowych i wzajemnemu zbliżaniu członków.

Przeprowadzkę z Kirkcaldy do Whitby w 1952 r. i nabycie w nowym miejscu dość okazałego domu opisał:   Teraz mam dość duży dom i mnóstwo łóżek. Mogę udzielać gościny, gdy trzeba, również z wyżywieniem. Moi goście mogą też, czego nie muszę specjalnie reklamować, korzystać z mojej pomocy i mojego towarzystwa. Mogę być ich przewodnikiem, możemy urządzać wypady krajoznawcze. Jest wszakże jedno ograniczenie. W lecie – mniej więcej od końca czerwca do początku września – dwa moje mieszkania zajmowane są przez osoby, które spędzają  tu  wakacje.   Dlatego do dyspozycji moich gości w tym czasie pozostaje jedynie 1 pokój  z 2 łóżkami. Poza tym jest tu dużo miejsca i można się zmieścić ze swoimi rodzinami lub przyjaciółmi. 7

W sezonie letnim  1969 r. w pokojach gościnnych w Whitby przebywały 22 rodziny, podobnie w 1970 r.

Był   z   natury   bardzo   gościnny   więc   zapraszał   do  Whitby  członków Klubu
i  znajomych. Nawet żartobliwie sugerował, by członkowie traktowali Whitby jako Mekkę Klubu, co powinno ich zobowiązywać do częstych odwiedzin. W prowadzeniu gospodarstwa w pierwszych latach po przeprowadzce pomagały mu dwie siostry Seller, Eleanore i Harriet poprzednie właścicielki domu, którym pozwolił zostać w zamian za świadczoną przez nie pomoc w gospodarstwie domowym. Sytuacja Szczęsnowicza zmieniła się niekorzystnie po śmierci sióstr (1969).

Żył skromnie i gromadził oszczędności. Na pewno nie był skąpy. Po wojnie wielokrotnie gościł u siebie w Whitby krewnych z Polski, otaczając troskliwą opieka zwłaszcza młodzież przebywająca z różnych okazji w Anglii.

Przed   ostatecznym  wyjazdem  z  Anglii  udało mu  się  korzystnie sprzedać dom w Whitby i zasilić własne oszczędności.

Podczas swoich pobytów w Polsce, a w końcu po swoim powrocie w 1978 r., nie sprawiał wrażenia biednego.  Dzięki posiadanym zasobom finansowym zapewnił sobie dobre warunki bytowe przy rodzinie.

Według przekazu rodzinnego, który zdaje się być wiarygodny, Szczęsnowicz zarządził, by po jego śmierci pewna kwota pieniędzy została rozdana uczestnikom pogrzebu.

Strona materialna życia?  Sprawa oczywista, że byłoby niemądrze negować jej znaczenia. Lecz spotkałem się też z poglądem, który w pełni akceptuję, że najlepszym zajęciem nie jest to, które pozwala najwięcej zarobić, lecz to które najbardziej lubimy i które daje nam najwięcej zadowolenia.

Dziwię się, dlaczego tak wielu ludzi przywiązuje ogromną wagę, nawet do ostatniego tchnienia, do gromadzenia pieniędzy i innych ziemskich dóbr. Jeżeli chodzi o mnie to wypracowałem sobie własny pogląd na ziemskie bogactwa: wszystko co mam nie jest moją własnością; różne rzeczy które mam nie są moją własnością. Rzeczy te, włączając pieniądze, zostały mi jedynie pożyczone, niektóre na długo, inne tylko na kilka lat lub krócej.

Ten mój pogląd, a może filozofia życia, bardzo mi pomaga. Straty materialne są w życiu nieuniknione. Ja sam miałem kilka podczas wojny, nawet bardzo dotkliwych. Lecz nigdy z tego powodu nie rozpaczałem, nawet jeżeli straty te były znaczne.  Uznawałem je za coś naturalnego. Nigdy w życiu nie planowałem gromadzenia wielkich pieniędzy lub fortun. Lecz będąc człowiekiem praktycznym zawsze dbałem o to, by mieć swój własny dom i trochę pieniędzy, by nie musieć martwić się o moją najbliższą przyszłość.

Był towarzyski i bardzo lubił spotkania członków, a z pewnością schlebiało mu, że podczas tych spotkań siłą rzeczy przypadało mu miejsce centralnej postaci.

Z czasem utrwalił się swoisty rytuał związany z goszczeniem Szczęsnowicza przez bipisów w różnych krajach, w których bywał:  jego pobyty były zwykle starannie przygotowane  przez   sekretarzy  regionalnych  i  miejscowe  zespoły  członków Klubu,
a trudy  organizacyjne  i wydatki  finansowe  nie  obciążały sekretarza, lub obciążały go
w niewielkim stopniu.

Podczas swojej podróży „dookoła świata” w 1962 roku zapytany przez dziennikarzy, ile kosztowała go podróż – odpowiedział: Około £ 800, w tym £ 600 na same bilety.  Na zdziwienie dziennikarzy, że to bardzo tanio, bo podróż trwała półtora roku, odpowiedział:  Zatrzymywałem się wszędzie u członków Klubu; wszyscy byli bardzo serdeczni.8

Takie rozwiązania były czymś naturalnym i mieściły się w kodeksie dobrych obyczajów, uznawanym przez członków Klubu. Dotyczyły zresztą relacji między wszystkimi członkami w warunkach podróży lub wzajemnych odwiedzin.

Drugi człon nazwy Klubu – Exchange – był skrótem myślowym, który odnosił się również do takich właśnie zachowań bipisów.9

————

5  Na pytanie „Jakimi obcymi językami mówisz lub piszesz?”, odpowiedział Szczęsnowicz własnoręcznym zapisem w Kwestionariuszu Osobistym w 1947 r.: Angielski – dosyć dobrze; rosyjski – dobrze; włoski, francuski, niemiecki – umiałem dość dobrze – wszystkie języki w mowie i jeszcze lepiej w piśmie”.

6 FDC (ang. First Day Cover – Koperta Pierwszego Dnia Obiegu) – koperta z nalepionym znaczkiem pocztowym, ostemplowana (zazwyczaj stemplem okolicznościowym) w pierwszy dzień obiegu znaczka. Koperta i stempel mają zazwyczaj napisy nawiązujące do pierwszego dnia obiegu znaczka. Patrz [A 31a] [A 31b]

7 „Mój dom to duża posesja pod Nr 7 (Esplanade). Duże rozmiary, chyba nawet zbyt duże: 9 pokoi sypialnych, 3 pokoje mieszkalne. Wszystkie pokoje są wysokie i przestrzenne; takich nie buduje się obecnie – przy obecnych cenach kosztowałoby to około 10.000 £. Musze wspomnieć, że dom jest bardzo ładnie usytuowany, jedynie 3 minuty spaceru do plaży. Dom jest dostojnie stary, ponad 80 lat, bardzo solidnie zbudowany, z grubych cegieł i pewnie postoi jeszcze dalsze 80 lat lub dłużej. Miałem szczęście, ze mogłem ten dom kupić nieprawdopodobnie tanio. Prawda, że wydałem setki funtów na remont, meble, ogrzewanie itp., lecz dom w obecnym stanie wart jest co najmniej dwukrotnej sumy moich wydatków. Muszę dodać, że siostry Seller włożyły ogromnie dużo pracy, doświadczenia i zapału w to, by dom, poszczególne pokoje, kuchnie i całość uczynić bardzo wygodnym i eleganckim. /…/ Dom jest ładny i duży, lecz koszty jego utrzymania są bardzo wysokie – nie potrafię zmniejszyć ich poniżej 300 £ rocznie. Sam podatek płacony Radzie Miasta wynosi więcej niż 100 £.”

Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza zamieszczał informacje o Klubie i wywiady z Wincentym Szczęsnowiczem m.in. w następujących wydaniach: 30.9.1960, 7.4., 23.7. i 15.12.1961, 19.4. i 1.6.1962 oraz 12.8.1966.  The Chronicle (Bulawayo) 21.2.1962 zamieścił notatkę o prelekcji V.Swicza, wygłoszonej na prośbę Rhodesian National Affairs Association w Bulawayo (Rodezja) podczas jego podróży dookoła świata.

BIPISI, nazwa która odnosiła się pierwotnie do członków klubu BPCC, poprzednika Friendship & Exchange, lecz została rozszerzona również na członków F&E. Jest to fonetyczna pochodna od nazwy ”BPCC”, wymawianej po angielsku.