Wybory samotnika

Osobowość Wincentego, 40-letniego mężczyzny i zawodowego oficera, jego stosunek do świata i ludzi, był w znacznej części ukształtowany gdy opuszczał ojczyznę w zawierusze września 1939 r. Charakteryzowało go silne poczucie autonomii, duża samodyscyplina i pragmatyzm.

Drzemała w nim również, autentyczna potrzeba poznawania świata i ludzi i umiejętność nawiązywania z nimi kontaktów. Pisał o tym wspominając po wielu latach swoją podróż do kilku krajów europejskich w latach 20-tych: Była to wyprawa, która wzbudziła moje pragnienie spotykania ludzi, odkrywania nowych horyzontów. Musiało jednak upłynąć z górą 20 lat nim ta „potrzeba ducha” Szczęsnowicza zdominowała dalsze jego życie.

O wyborze drogi życiowej wypowiedział się kiedyś, gdy sam był bliski jej kresu:

Gdy osiągasz wiek około 20-ki spróbuj zaplanować i zorganizować swoje życie. Pierwsza wielka sprawa, to podjęcie decyzji, jaki obierasz cel: czy zamierzasz przeżyć życie najbardziej przyjemnie i wygodnie czy raczej uczynić je bardziej interesującym? Gdy chodzi o mnie powiedziałem sobie w tamtych odległych czasach: sława, eksponowane życie, sukcesy finansowe, hulanki – wszystko to jest nęcące lecz ma mniejsze znaczenie. Lepiej dążyć do tego, by uczynić swoje życie interesującym. Próbować przejść przez nie trochę inaczej niż inni – już to samo staje się bardzo interesującą przygodą. /…/ W taki to sposób zacząłem moją wielką przygodę – poszukiwanie własnej, ‘innej drogi’; poszukiwania te trwają do dzisiaj, ze zmiennym skutkiem. /…/ Zawsze byłem marzycielem, od dzieciństwa. Szczęśliwie nauczyłem się odróżniać ‘praktyczne marzenia’ więc takie, które mają szansę urzeczywistnić się w przyszłości. Podam przykład.

Wcześniej nim zacząłem borykać się z naszym Klubem zastanawiałem się, czy będzie kiedyś możliwe, by udać się do kogoś, na przykład w Indiach, Chinach lub Nowej Zelandii, kogo nigdy wcześniej nie widziałem, zatrzymać się w jego domu i poczuć się ‘jak u siebie’, dotrzeć do jego serca i – oczywiście – móc również otworzyć przed nim własne serce. Czy wyraziłem to jasno? Co prawda nie byłem jeszcze w Indiach, Chinach czy Nowej Zelandii, lecz zdobyłem już wspaniałe doświadczenia w innych krajach.

Wiem, że miałem duże szczęście mogąc kontaktować się z wieloma ludźmi, mając wstęp do ich domów. Lecz pamiętajcie, musiałem planować i działać wytrwale w tym kierunku, przez wiele lat, nawet przed podjęciem zadań związanych z Klubem. To wszystko nie stało się dla mnie nagle, nie było prezentem. Musiałem pracować długo i cierpliwie, bo przecież musiałem za to wszystko czymś zapłacić. Musiałem zrezygnować z niektórych innych zamierzeń, przyjemności, ambicji.

Pewna mądra Francuska powiedziała: ‘Jeżeli decydujesz się na wybór czegoś w życiu, musisz zrezygnować z reszty.’ Czy zgadniecie, jaki był mój wybór życiowy?

Zawsze unikałem, i nadal unikam, powszechnie używanych szlaków, zawsze pragnąłem ‘szerokich horyzontów’, szukałem czegoś niepospolitego. Ukształtowałem swój własny pogląd na życie: moją własna ocenę zdarzeń, wielkich postaci itp. Moje poglądy nieraz różnią się od powszechnie głoszonych opinii, lecz są przeznaczone wyłącznie na własny użytek. Nie narzucam ich nikomu, dlatego jestem w zgodzie ze światem nawet wtedy, gdy nie wszystko akceptuję /… /”

Wypowiadał się wielokrotnie na temat sensu życia, lubił ten temat. Oto bardzo interesująca jego wypowiedź z roku 1967:

Życie to wszystko co żyje. Nie tylko istoty ludzkie, lecz również zwierzęta, ptaki, ryby, insekty itp., również każde drzewo, każda roślinka. Sensem istnienia każdej żyjącej istoty jest po prostu żyć i wydawać owoce przed przejściem w inną postać bytu. Owocem zwierzęcia lub rośliny jest inne zwierze lub inna roślina.

Zatem – w przypadku człowieka jego naturalnym owocem jest inny człowiek?

Jeżeli tak, co z biednym V.Swiczem? – nie stworzył on potomka i jest wyraźnie temu niechętny. Czy zasługuje na surowe potępienie? Czy tkwi w nim jakiś głęboko zakorzeniony kompleks? Nie, tak nie jest.

Prawda, że nie wydał potomka lecz uważa (w próbie samoobrony!), że wydał na świat dużo mniejszych owoców, na przykład nasz Klub F & E. Krótko – oto moja odpowiedź na pytanie o sens życia: sensem życia jest wytwarzanie owoców, by nie przechodzić do innego świata w sposób niezauważony.

To sformułowanie najbardziej mi odpowiada. Uważam je za własną definicje sensu życia. ‘Być blisko mojego Boga, służyć moim ludziom’. Tak, m o i m ludziom, do czego czuję się zobowiązanym. Jestem daleki od świętości, chcę służyć tylko m o i m ludziom, wśród nich moim lojalnym klubowiczom.

Nie  zamierzam  służyć  różnego  rodzaju  złodziejom,  oszustom,  łobuzom  –  to  nie są m o i  ludzie.

Wincentego Szczęsnowicza poznajemy ze wspomnień osób, które go znały, z jego nielicznych zachowanych listów i z jego autorskich tekstów w Biuletynach. Mimo to nie sposób poznać go w całej jego złożoności. Pozostaje on postacią zagadkową, intrygującą.

Swoim oryginalnym systemem poglądów, wartości, kanonem własnych zasad postępowania w różnych sytuacjach, hołubił swoją autonomię i własną niezależność, ale też – świadomie lub nie – obudowywał się murem odrębności i pogrążał w samotności. Mimo setek czy tysięcy kontaktów z ludźmi, nawet bliskimi, zawsze był samotnikiem. Nie narzekał, widocznie było mu z tym dobrze.

W 1965 r. zwierzał się w Biuletynie: Jestem pewny, że gdybym w latach 1945/46 skierował swoją inwencję i energię na inne pole, osiągnąłbym lepsze wyniki, głównie finansowe. Lecz nie wierzę, bym czuł się bardziej zadowolony niż obecnie. Tak, jestem szczęśliwy bo lubię swoją pracę. Dostarczała mi przeżyć i zadowolenia, których poza Klubem nie zaznał bym nigdy.

Nie był obojętny na to, co działo się wokół niego, a zwłaszcza na losy ludzkie. Redagując Biuletyn nieustannie dawał dowód tego, jak dobrze orientuje się w tym, czym żyją członkowie Klubu, jakie są ich osobiste radości i smutki. Pisał o tym z dużym przejęciem, zawsze indywidualizując przekaz. Starał się też być osobiście bezpośrednio pomocny członkom Klubu, gdy tylko uznawał to za konieczne i możliwe. Dotyczyło to zwłaszcza młodszych członków i krewnych w ich kłopotach związanych
z podróżowaniem lub czasowym pobytem na Wyspach Brytyjskich.

Jeden z długoletnich przyjaciół Wincentego, René Vizy, znający go dobrze na podstawie licznych osobistych kontaktów, scharakteryzował go pośmiertnie jako człowieka lubiącego kontakty towarzyskie, nie przywiązanego do świata materialnego, inteligentnego, uprzejmego i przystępnego, zorientowanego trochę ‘ku sobie’, żyjącego bardziej przeszłością niż przyszłością. Niezależnie od pochwał czy krytyk, chciał promować przyjaźń między ludźmi za pomocą ich osobistych kontaktów i nigdy nie stawiał sobie celów politycznych lub religijnych.

~

Nie wiadomo, by Szczęsnowicz był kiedykolwiek trwale związany z jakąś kobietą. Prawdopodobnie jego silne poczucie autonomii i odpowiedzialności przeszkadzało mu w podjęciu decyzji o małżeństwie.

Relacje osób które go znały, opisy spotkań klubowych oraz zachowane zdjęcia świadczą o tym, że lubił przebywać w gronie kobiet. Mężczyzna przystojny, towarzyski, serdeczny o nienagannych manierach, empatyczny, musiał zwracać na siebie uwagę kobiet z którymi się stykał, co z pewnością nie było mu niemiłe. Wiadomo, że akceptował kobiety wokół siebie, cenił i darzył sympatią, a niektóre nawet wyróżniał szczególną atencją.

Bez własnego starania zyskiwał sympatię i akceptację kobiet, a jego aktywna działalność sekretarza Klubu powodowała dodatkowo, że stawał się im często serdecznie bliski. Oto charakterystyczna wypowiedź Czesławy Makedańskiej, Polki, długoletniej członkini Klubu:

„Wincenty Szczęsnowicz pozostanie na zawsze w mojej pamięci ponieważ był moim prawdziwym przyjacielem. Dzięki niemu pozyskałam wielu wspaniałych przyjaciół, a ma to dla mnie duże znaczenie. Marzyłam, by zwiedzić kiedyś Anglię, a Vincenty pomógł mi w tym.”

We wczesnym okresie swojej służby wojskowej stawał wobec dylematu „małżeństwo – tak lub nie?”

Sam wspominał, że w 1935 roku znalazł się w bardzo trudnej sytuacji natury uczuciowej w związku z pewną młodą dziewczyną, którą był bardzo zainteresowany,
a która próbowała popełnić samobójstwo. Z przekazów rodzinnych znany był też jego wcześniejszy, poważny romans z inną kobietą, zakończony niepomyślnie, co było prawdopodobnie wynikiem zaistniałych przeszkód służbowych i organizacyjnych.
Swój stosunek do kobiet Wincenty wyraził ustami … wróżki, relacjonując wizytę
u niej, jednorazową, w owym krytycznym dla siebie okresie w 1935 r.

„Rzadko przeżywa pan chwile niezdecydowania. Lecz obecnie przeżywa pan dość nietypową rozterkę, konflikt ze sobą. Znalazł się Pan na rozdrożu i nie jest pan zdecydowany, którą drogę wybrać./…/ Widzę jakieś większe kłopoty wokół pana, jest pan zatroskany. Jakaś pani, dużo młodsza od pana jest w to zamieszana, ma na imię M.

… Boże, co widzę, wygląda na to, że jej życie jest zagrożone, ale niebezpieczeństwo szczęśliwie mija, nie ma powodów do zmartwień. Widzę przy niej młodego mężczyznę, jego imię to J. (podawała imiona, które w obu przypadkach były prawdziwe). Widzę, że biedna dziewczyna miota się między przeciwstawnymi wyborami lojalności. Mogę rozpoznać, jakim typem kobiety jest; z pewnością nie jest typem właściwym dla pana, w każdym razie nie typem na pana żonę. Ale chcę wyraźnie powiedzieć: wszystko, co mówię, nie ma być dla pana zaleceniem, nie jestem tu po to, by dawać zalecenia ludziom. Mówię tylko co widzę i co czuję. /…/ Muszę powiedzieć, że jest pan szczęśliwym człowiekiem. Pan wie, że ludzie mają dość proste wyobrażenie o szczęściu. Ogólnie, mężczyzna widzi uosobienie szczęścia w postaci idealnej kobiety, bywa też, że w spełnionej miłości lub różnych pasjach. Dla innych worek pieniędzy jest nieodłącznym atrybutem szczęścia. Pana osobista koncepcja szczęścia jest odmienna, pan wypracował swoją własna receptę na szczęście. Wykazuje pan dużą ostrożność
w stosunku do przygód miłosnych, nie traci pan głowy dla kobiety…”

Swoją decyzję wizyty u wróżki po wielu latach Wincenty opisał następująco:

Byłem daleki od tego, co nazywa się okultyzmem, jestem sceptyczny w stosunku do wszelkich nadnaturalnych zjawisk, lecz pewnego dnia powiedziałem sobie – dlaczego nie spróbować?

Moim zamiarem nie było szukanie pouczeń lub wskazówek działania. Chciałem jedynie dowiedzieć się czegoś nowego, przede wszystkim tego, czy owa uzdolniona pani do której się wybierałem potrafi rzeczywiście poznać to, co zaszło w moim życiu i w moim sercu. Oraz, czy może zechce powiedzieć mi coś ważnego, znaczącego.

Jadwiga Domańska, znana wówczas w Warszawie wróżka, nie była jedną z tych licznych, które za kilka złotych opowiadają różne rzeczy o blondynkach, brunetkach, listach które nadejdą, spodziewanych podróżach lub kłopotach. Zajmowała się okultyzmem, służyła jako medium pewnemu profesorowi uniwersyteckiemu, który studiował te tajemnicze dziedziny.

Pani Domańska opowiedziała mi kilka rzeczy na temat przyszłości, z których wszystkie później się sprawdziły.

Mowa była m.in. o wielkim życiowym sukcesie, o „przybliżeniu do wielu ludzi” i o zyskaniu rozgłosu przez działalność pisarską. Działalność taka była wówczas dla Wincentego czymś zgoła niewyobrażalnym.